Większość z mieszkańców widziało i zna artystę, który z wózkiem zawierającym różne „skarby” w otoczeniu piesków przemierzał włocławskie ulice wywołując zainteresowanie włocławian.
Na temat Stanisława Zagajewskiego napisano już tak dużo, że wystarczy wpisać jego nazwisko w dowolną wyszukiwarkę, a natychmiast ukaże się długa lista jego osiągnięć. Także my wielokrotnie pisaliśmy o znanym rzeźbiarzu, a jego opis dokonań znajduje się pod adresem: kliknij tutaj
Uczestnicząc w różnego rodzaju galeriach, wystawach, wernisażach widujemy pana Stanisława na wózku wraz z opiekunką i uczennicą artysty. Pan Stanisław zawsze zamieni z nami kilka słów i stanowi wdzięczny obiekt fotografii.
Panie Stanisławie żyj nam 100 lat, a może nawet więcej, gdyż stanowisz nieodłączny kulturowo element miasta z którym zawsze będziesz związany.
Zdrowych i wesołych Świąt.
Ponizej przedrukowujemy artykuł z Gazety Wyborczej z 2001 roku
Zagajewski Stanisław
Kiedy idzie ulicami Włocławka pchając przed sobą dziecinny wózek załadowany gliną, zwykle towarzyszy mu gromada psów. Obdarty, brudny, śmierdzący wygląda jak kloszard mieszkający na śmietniku. Nie jest jednak żulem, lecz artystą. O jego rzeźby zabiegają galerie w kraju i za granicą. Stanisław Zagajewski jest jednym z nielicznych twórców w Polsce, którzy za życia doczekali się stałej ekspozycji swoich prac w muzeum. Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku ma ponad 120 jego rzeźb, które eksponuje w gmachu Zbiorów Sztuki. Rzeźby Zagajewskiego mają także w swojej kolekcji m.in. w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, w Toruniu i w Collection de L' art Brut w Lozannie. Foto: Gazeta Kujawska
Jego prace są pokazywane na wszystkich ważnych wystawach twórców z kręgu tzw. "innych". Zobaczyć Zagajewskiego można było m.in. w Zachęcie na wystawie od "Nikifora do Głowackiej" i prezentacji "L' art et dechirure" w Rouen.
Krytycy sztuki nie kryją, że włocławianin to samorodny talent, niepospolity twórca o niespokojnej wyobraźni.
° Teraz mam prąd
Podziwiany i chętnie wystawiany artysta na co dzień żyje jak nędzarz. Mieszka w skromnej chałupince przy ul. Dziewińskiej. Domek zagracony jest po brzegi workami z gliną, przygotowanymi do wypalenia rzeźbami, szmatami i innymi rupieciami.
W mieszkaniu Zagajewskiego nie ma żadnego mebla. Jedyne co w tej rupieciarni kojarzy się z domem to legowisko, gdzie artysta śpi wraz z psami - Kamą, Perełką, Lalusiem i Marchewką. Jest też kalendarz, obraz o tematyce sakralnej i pozostałość po świętach Bożego Narodzenia - choinka. O telefonie, telewizorze, a tym bardziej komputerze artysta nie chce nawet słuchać. - A do czego mają mi się przydać - pyta zdziwiony. Zagajewskiemu wystarcza, że korzysta z elektryczności. Słabo świecąca żarówka ledwo oświetla wnętrze jego pracowni - rupieciarni.
- Wcześniej to miałem tylko instalację choinkową - tłumaczy. - Światło było tak słabe, że jak przyjechała telewizja, nie mogli kręcić. Wtedy z najbliższego słupa przeprowadzili mi kabel i teraz mam już jaśniej.
W środku jest niesamowicie zimno. Temperatura niewiele odbiega od tego, co jest za oknem. - Już dawno się przyzwyczaiłem, więc ogrzewanie nie jest mi potrzebne - mówi artysta.
- Dla każdego, kto artystę zna bliżej, jasne jest, że obcuje z człowiekiem wyjątkowym, niepodobnym do nikogo - podkreślają Krystyna Kotula i Piotr Nowakowski, autorzy wstępu do wydanego przed kilkoma laty albumu o Stanisławie Zagajewskim. - Jest samotnikiem, który żyje wyłącznie sztuką i dla sztuki. Dla niej zrezygnował z wygód tego świata, żyje w koszmarnych warunkach, nie dba o otoczenie, o własny wygląd. Z zewnątrz bardziej przypomina kloszarda niż artystę. Chodzi w byle jakich spodniach, mocno sfilcowanym swetrze, wełnianej czapeczce z pomponem, adidasach bez sznurowadeł. Skarpet nie zakłada. Nawet na uroczystość wręczenia nagrody "Pegaza" do domu kultury przyszedł w byle jakich sportowych butach, wzutych na gołe nogi.
Jego styl życia nie wynika bynajmniej z biedy, lecz z odmiennego stosunku do pieniędzy. Swoje stałe opłaty - za czynsz, światło, radio-artysta reguluje nieraz z paroletnim wyprzedzeniem. Nie kupuje jednak niczego, co uczyniłoby jego życie łatwiejszym czy bardziej wygodnym. Pieniądze wydaje głównie na skromne wyżywienie dla siebie i swoich ukochanych psów.
- Chleb kupię, mleko - wylicza. Gdyby nie opieka społeczna, dzięki której dostaje jeden ciepły posiłek dziennie, nie wiedziałby, jak smakuje zupa. - Mnie wystarczy zjeść coś na sucho - mówi skromnie.
Matka Boska z "Płomyka"
Warsztat Zagajewskiego to kawałek wolnego miejsca przy oknie. Pytanie o narzędzia, którymi się posługuje, artysta zbywa milczeniem. Ci, którzy mieli okazję widzieć, jak pracuje, wiedzą jednak, że do pracy używa tego, co ma pod ręką. Najczęściej jest to gwóźdź, patyk czy kawałek blachy.
Przed przystąpieniem do pracy Zagajewski zwykle poszukuje wzorów. Czerpie je z reprodukcji, na przykład rysunków zamieszczanych w starych dziecięcych czasopismach, takich jak "Płomyk". - Na przykład tworzę Matkę Boską, to wtedy zbieram obrazki na temat Matki Boskiej - mówi.
- W rękach Zagajewskiego wszelkie wzory ulegają całkowitej przeróbce, gubią pierwotny sens i formę, przybierają kształty stworzone przez wyobraźnię artysty - podkreślają recenzenci jego twórczości.
Do własnych rzeźb, zwłaszcza tych dużych, Zagajewski przygotowuje surowiec według własnej receptury. Twierdzi, że glinę najlepiej uelastycznia "szlikier", czyli własny mocz lub woda deszczowa. - Glina nasączona moczem nie pęka, nie kruszy się - wyjaśnia.
Na tworzenie Zagajewski był skazany od dziecka. Porzucony w 1929 roku pod kościołem św. Barbary w Warszawie przebywał w zakładach, prowadzonych przez siostry zakonne w Ciechocinku i Grabiu pod Toruniem. Tam utykający na nogę chłopiec był odtrącany przez rówieśników. Szukał więc zabawy w samotności. Chętnie więc lepił. Najpierw w plastelinie, później w glinie. Już wtedy zauważono, że chłopiec ma talent.
Po wojnie Zagajewski poszedł do szkoły budowlanej w Warszawie, ale jej nie skończył. Powód? Brak warunków fizycznych. Na zaświadczeniu dyrektor zapisał: "Zagajewski ujawnia zdolności w modelowaniu w glinie i powinien być skierowany do Szkoły Sztuk Plastycznych lub szkoły przemysłu ceramicznego". Szkół tych jednak nie ukończył.
- Poszedłem nawet raz do Akademii Sztuk Pięknych, ale tam wszystko zamknięte, więc już tam nie wracałem - opowiadał po latach. Zatrudnił się więc przy odbudowie Warszawy jako sztukator. Z tej pracy został jednak zwolniony, bo zmieniał socrealistyczne projekty, nadawał rzeźbom własny styl dolepiając ptaszki czy kwiatki.
Zanim na dobre rozpoczął twórczość własną - rzeźbienie ptaków, fantastycznych zwierząt, płaskorzeźb o tematyce sakralnej - pracował jako rzemieślnik m.in. w wytwórni kafli, zakładzie ceramicznym. Nie interesowało go jednak powielanie gotowych wzorów.
° Rzeźba za wódkę
Jak trafił do Włocławka? Dzięki prezesowi Spółdzielni Pracy Rękodzieła Ludowego i Artystycznego "Sztuka Kujawska" - Andrzejowi Karnkowskiemu, który go zatrudnił oferując stosunkowo dobre warunki. Dostał do wykonania określoną ilość drobnych rzeźbionych ptaków i innych zwierzątek, poza tym mógł rzeźbić to, co chciał. Miał też możliwość korzystania z gliny, szkliw. Wreszcie miał gdzie wypalać.
Zagajewski, jak na artystę przystało, ze zleceń "Sztuki Kujawskiej" nigdy nie wywiązywał się w terminie. Cały czas jednak tworzył to, na co miał ochotę. Jego wielką fascynacją stały się płaskorzeźby o tematyce religijnej, które nazwał ołtarzami.
Zauważony przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej zaczął pojawiać się na wystawach. Muzeum rozpoczęło też kupowanie jego rzeźb i tworzenie kolekcji. - Gdybyśmy nie zajęli się jego twórczością, uległaby zniszczeniu - mówią pracownicy muzeum. - Ołtarze na przykład, zanim zostały wyeksponowane, przeszły konserwację. Dla nikogo, kto zna artystę, nie jest tajemnicą, że po jego rzeźbach buszują psy. Załatwiają się nawet na nie.
W pamięci starszego pokolenia włocławian Zagajewski zapisał się przede wszystkim jako autor smoka, lepionego na pontonie na Wiśle w trakcie telewizyjnego turnieju Płock - Włocławek w 1968 roku. Była to potężna rzeźba. Na jej zrobienie zużył m.in. 2 wozy gliny i 22 worki gipsu. Smok miał 4 metry wysokości. Niestety, nie było możliwości, żeby rzeźbę tę z pontonu przenieść i została rozebrana.
Dzisiaj widząc cherlawego staruszka pchającego ulicami dziecinny wózek w otoczeniu sfory psów włocławianie rzadko kiedy wiedzą, że mijają człowieka niepospolitego, innego wśród innych. Sąsiedzi traktują Zagajewskiego jak nieszkodliwego dziwaka. - On żyje we własnym świecie, trudno się z nim porozumieć - mówią. Narzekają głównie na psy, nieodłącznych towarzyszy artysty, które często wymykają się mu z podwórka i bywają groźne dla obcych. - Nieprawda - broni swoich pupilów artysta. - One tylko atakują, jak kto im się psoci.
Zagajewski z kolei utyskuje na drobnych pijaczków, których w tej okolicy nie brakuje. - O, chlają tutaj pod płotem - mówi.
Często zdarza się, że gdy pijaczkom brakuje pieniędzy na wódkę, włamują się do niego i kradną, co się da. A ponieważ dom wypełniają głównie wyczarowane bujną fantazją i talentem rzeźby artysty, te są głównie zabierane przez złodziejaszków. Dostają za nie potem na wódkę od paserów. Kradzieże nasilają się zwłaszcza po każdej prasowej czy telewizyjnej wzmiance o sukcesie.
- Cóż, sława Zagajewskiemu wyraźnie nie służy - podkreśla Krystyna Kotula z włocławskiego muzeum.
mg (08-05-01) |